- No i wtedy moi rodzice uznali, że nie mamy nic do
gadania, bo jesteśmy nieodpowiedzialni i skoro nie chcę usunąć ciąży, to mamy
cię oddać – Ella, a w zasadzie to moja matka, opowiadała mi właśnie historię
mojego poczęcia. – Nie działały błagania, płacz, krzyki, walenie głową w drzwi.
Jake nawet chciał... jak to było? – zastanowiła się chwilę.
- Zagroziłem, że się podpalę – dodał tata. – I zrobiłem
to. To znaczy, u nas w szkole była wtedy moda na podpalanie denaturatu. Więc
oblałem sobie buty tym czymś i podpaliłem na oczach rodziców Elle. Ale mieli
oczy. Niestety, to tylko pogorszyło sytuację, bo uznali mnie za wariata –
zaśmiał się, parkując przed willą w włoskim stylu. – Mam nadzieję, że pokój ci
się spodoba... Chociaż na razie to była bardziej graciarnia, więc jakby
wieczorem coś typu złamana kostka albo... no nie wiem, wisiorek wbijało ci się
w dupę, to się nie zdziw.
Pokiwałam głową, cały czas się śmiejąc. Dlaczego dopiero
teraz, po latach, dostałam takich rodziców? Dlaczego tamci nie powiedzieli mi
wcześniej? Bali się, że ucieknę? Że im nie uwierzę? Że ich znienawidzę? Proszę,
do czego doprowadziliście.
Wysiadłam z auta, zarzucając torbę z Asking Alexandrią na
ramię, po czym za rodzicami ruszyłam do drzwi.
Od progu uderzył mnie zapach cynamonu. Przedpokój był w
kolorze kawy, na ścianach wisiały różne obrazki, począwszy od zdjęć rodziców,
przez te Bridesów, na jakichś rysunkach skończywszy. Najbardziej spodobał mi
się jeden z nich, taki z kolesiem, który trzymał gitarę, stojąc w płomieniach.
Kiedyś zrobię sobie taki tatuaż, postanowiłam, wspinając
się za mamą po schodach na piętro. Tam na korytarzu leżał miękki biały dywan,
idealnie pasujący do malinowych ścian.
Mama otworzyła jedne z drzwi z jasnego drewna, a moim
oczom ukazał się zwyczajny pokój, łóżko, biurko, szafa, komoda, biblioteczka,
trochę gratów. Byłam tu, choć wciąż nie w pełni to do mnie dotarło. Wciąż nie wierzyłam, że naprawdę Jake i Ella to MOI rodzice. Przecież KAŻDY dałby się pokroić za takie coś, a tu taka ja...
- Nie wiedzieliśmy, jaki masz gust – zaczęła niepewnie. –
Więc w szafie jest pełno ciuchów, które, jak stwierdził Ashley, „na pewno będą
ci się podobać”. Jakby co, to tak i tak jedziemy na zakupy jutro z rana, trzeba
wyremontować tę kanciapę.
Już się boję, co Ash tam dał.
Uśmiechnęłam się tylko do niej i weszłam głębiej do
mojego nowego azylu.
Rozejrzałam się.
Okno wychodziło na ocean, palmy falowały na wietrze,
oświetlone od tyłu zachodzącym słońcem.
Ściany pokoju miały kolor limonkowej zieleni, drzwi z
jasnego drewna w ścianie, zapewne od szafy, sąsiadowały z drugimi, podobnie
zrobionymi, przesuwanymi.
Zajrzałam za nie. Była tam miniaturowa łazienka w kolorze
perłowym, z, co mnie zaskoczyło, ze względu na to, że pomieszczenie miało rozmiar dwudrzwiowej
szafy, wanną.
Wróciłam do pokoju i postanowiłam zerknąć na „Ashley’owe”
ciuchy.
Szczerze mówiąc, mogłam się tego spodziewać, ale myślałam
raczej o ubraniach wierzchnich przypominających bieliznę, a tu, w szafie,
leżała różowa bluza z jego sklepu, ta z 69, która mi się zawsze marzyła, bluzka
Purdy Girl, jakieś zakolanówki, kilka par, skórzana kurtka z BVB Rebels, taka,
jak ta, którą miała Alicia w „Legion Of The Black”, trampki, creepersy, glany,
kowbojki (dwie pary), rurki, podarte i nie, głównie czarne, ale znalazłam też i
czerwone, skórzane spodnie w stylu Gunsów, bandany w praktycznie każdym
kolorze, taka czapka „na czubek głowy”, no i karteczka. „Jeśli jeszcze nie
jesteś w Armii, to zapewniamy Cię, że wkrótce będziesz, Grace =D” i autografy
chłopaków. Jak miło. Ale muszę ich rozczarować. Jestem, i to już ładny kawałek
czasu. Ubrania bardzo mi się podobały, dorzuciłam jeszcze te swoje, a to
znaczy: koszulki z zespołami i bluzę z MCR. No i kilka par bojówek.
Postanowiłam, że zejdę do rodziców i tak nie mam nic do
roboty.
Przystanęłam na schodach, słysząc podniesione głosy.
Czyżby coś się stało? Tylko nie podsłuchuj, Hazel... Ale co ja poradzę, że tu
wszystko słychać?
- Jak to, kurwa, wylali ją ze szkoły? – spytał Jake.
Odpowiedzi nie otrzymałam, więc uznałam, że gada przez telefon. Wolałam się nie
wtrącać. Najciszej, jak się dało, wróciłam na górę, jednak jeden stopień
perfidnie skrzypiał (muszę go omijać, uwaga na przyszłość). Wstrzymałam oddech.
Nikt się nie pojawił. Dostrzegłam za to drabinkę zwisającą z sufitu. W sumie,
czemu nie?
Złapałam za jeden ze szczebli i postawiłam nogę na
najniższym. Wspięłam się i podniosłam klapę.
Rozejrzałam się po strychu. Był ogromny, do tego
znajdowało się tu chyba wszystko.
Pomiędzy stosami poduszek i materaców leżały nuty,
zabazgrane kartki, jakieś ciuchy, zapalniczka i paczka papierosów, instrumenty,
pałki do perkusji, zeszyty, długopisy, zdjęcia, listy.
Papierosy i zapalniczkę wsunęłam szybko do kieszeni, w
końcu mam własne i nie muszę polegać na moim stałym dostawcy, w zależności od
tego, czy mu się chciało – chłopaku Mai. Przeszłam się po stryszku. Wyglądał
jak pomieszczenie, gdzie chłopaki rezydują, gdy nagrywają płytę lub kiedy
imprezują.
Jedyne okno wychodziło na zachód, na miasto. Piękny
widok. Aż musiałam zrobić zdjęcie, w końcu nie ma dwóch identycznych zachodów
słońca.
Potknęłam się o stos kartonów po pizzy. Szkoda, że nie
było na nich tekstów piosenek, jak u Gunsów. Nie zamierzałam grzebać po tych
notesach, nie byłam wścibska.
Uznałam, że ze strychu to już wszystko i wróciłam na
piętro.
W łazience pod wanną były drzwiczki. Wzięłam jakieś
pudełko i schowałam tam szlugi wraz z zapalniczką, po czym je zamknęłam. Tu
nikt tego nie znajdzie.
Nie wyjaśniłam... Grace to było moje imię nadane przez rodziców,
a Hazel dostałam przy zmianie rodziny. A że byłam do tego drugiego
przyzwyczajona, zostałam Hazel Grace. (Tak mi się połączenie tych imion podoba,
a jeszcze uwielbiam „Gwiazd Naszych Winę”, więc musiałam ją tak nazwać, przyp.
aut.)
Krzyki na dole ucichły, więc stwierdziłam, że zejdę.
Niepewnie wkroczyłam do salonu, gdzie mama oglądała
„Miami Ink”, a tata, co jakiś czas na to zerkając, pisał coś (lub z kimś) na
komputerze.
- Jak się dom podoba? – zagadnął, przymykając ekran.
- Świetny – odparłam z pełnym przekonaniem.
- Ja nie wierzę w twojego dyrektora – westchnął. –
Wywalił cię ze szkoły tylko dlatego, że dałaś należne jakiejś lasce w ryj. I
nie chce cię przyjąć z powrotem. Co byś powiedziała na inne liceum? Jest takie
jedno, siostra CC’iego je kończyła, co?
I tak do jakiejś szkoły muszę chodzić...
Skinęłam głową.
- Zamawiać już tą pizzę? – wtrąciła mama. – Zaraz
przyjdą.
Spojrzałam na nią. Kto przyjdzie? Czyżby... reszta?
Jake skinął głową, po czym zaklął.
- Co? – spytała go Ella.
- Zawiesił się... ale już działa... Trzeba będzie coś
wymyślić na tą nową płytę...
- Nową płytę, mówisz? – zaciekawiłam się. Uśmiechnął się
tylko, ale nic więcej nie powiedział. No cóż, dowiem się w swoim czasie.
***
Trzask drzwi. TEN głos. I drugi. I trzeci. I czwarty. Czy
oni zawsze się tak kłócą? I to o to, że może kolor zielony wcale nie jest
zielonym, tylko żółtym?
- Długo powtarzane kłamstwo w końcu staję się prawdą –
zakończył dyskusję CC, wpadając do salonu. – Witam was, drodzy zebrani!
- Ej, to moja kwestia – obraził się Andy. Wciąż nie miał
kolczyka w wardze, pozostał tylko ten w nosie.
- Jedzenie przyszło? – spytał Ashley, odrzucając grzywkę
sposobem Purdy’ego.
- Doberek – ten ostatni to Jinxx.
Nie fangirluj, Hazel, nie teraz. Ale nie mogłam. To było
za dużo jak na jeden dzień. Stało przede mną całe Black Veil Brides, zespół,
który tyle razy nie pozwolił mi do końca upaść, kiedy już dotykałam kolanami
ziemi, był jak ramiona, które cię łapią, byś nie obił sobie łokcia. Był jak
dłoń, którą możesz złapać, gdy toniesz, jak szalik, gdy lód się pod tobą
załamie.
Próbowałam opanować drżenie kolan, walenie serca, płytki
oddech, zimne ręce, nienaturalne zachowanie.
- A ty co, Parkinsona masz? – spytał CC wesoło.
- N-nie – odparłam cicho, wyłamując sobie palce.
- Jesteś pewna? Wyglądasz, jakbyś za chwilę miała wyjść
na scenę i zagrać dwuipółgodzinny koncert bez ani jednej pomyłki i
akompaniatora – stwierdził Jinxx.
- N-naprawdę? – wyjąkałam. Oni naprawdę tu są, wszyscy,
to nie złudzenie, to nie sen, moje marzenie właśnie się spełnia.
- No chyba, że chc... – zaczął Ashley, ale rodzice
zgromili go spojrzeniem. – No co? Chciałem tylko zapytać, czy chce pograć w
Guitar Hero – obronił się Purdy. – Właśnie, chce ktoś?
- Ja! – krzyknęłam jednocześnie z Andy’m, CC’im i Jinxxem.
Pobiegliśmy, prawie się w drzwiach zabijając, do salonu.
Ash i CC usiedli na kanapie, Andy rozwalił się na fotelu, tata na drugim, mama
na pufie, a ja i Jinxx na podłodze, mierząc się spojrzeniami.
- Pokaż, co potrafisz, Pitts – powiedział, zaciskając
palce na padzie.
Zaczęliśmy grać (w zasadzie nie wiem, na czym Guitar Hero
w zasadzie polega i na ile jest osób, ale powiedzmy, że zrobili wielką bitwę,
przyp. aut.)
W końcu zostaliśmy już tylko ja, tata i Jinxx (pozostali
okładali się z tyłu poduszkami).
Już prawie koniec i....
- TAK! – wydarłam się, widząc, jak tata odpada. To
oznaczało, że muszę jeszcze pokonać Jinxxa.
- Oj, bo dałem wam fory – Jake dołączył do reszty.
- Gramy o sto dolarów – powiedziałam, bo akurat tyle i
jeszcze trochę miałam.
- Ok – odparł Ferguson. – Ale będziesz spłukana.
- To się zobaczy – powiedziałam. Podaliśmy sobie ręce. –
Przetniesz, Andy?
Biersack przeciął nasz zakład i wrócił do napierdalania
się częściami kanapy.
- Trzy, dwa, jeden – odliczył Jinxx.
Zaczął nieźle. Zostałam daleko za nim. Uśmiechnął się
zwycięsko, ale wkrótce dogoniłam go z punktami i teraz jechaliśmy łeb w łeb,
powoli zbliżając się do końca piosenki. Prowadziłam dwudziestoma punktami.
Jinxx szybko zmniejszył odległość do siedmiu. Zaczęłam
agresywniej wciskać guziki na padzie.
Potem jeszcze raz go wyprzedziłam, tym razem o dobrą
pięćdziesiątkę i wydałam z siebie okrzyk radości.
- Wyskakuj z kasy – wyszczerzyłam się. Ferguson ze
spuszczoną głową sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął stamtąd portfel. W
momencie, kiedy dawał mi moją stówę, odwrócił się Ashley.
- Płacisz jej za usługi? – zdziwił się, co spowodowało,
że Jake i Ella momentalnie się obrócili.
- Chciałbyś – odparł Jinxx. – Więcej z tobą nie gram,
Pitts.
Uśmiechnęłam się tylko zwycięsko w odpowiedzi.
- Wy się zakładaliście? – zdziwiła się mama.
- Ty nic nie widziałaś – odparł Jeremy z uśmiechem.
Schowałam kasę do kieszeni, a Andy podłączył telefon do
wieży i popłynęło „They Don’t Need To Understand”. Kochałam ten utwór.
- Nie ma to jak słuchać własnych piosenek – stwierdził
Ashley, biorąc młodszego na kolana.
- ANDLEY!!!! – krzyknęłam. To było takie słodkie.
- Nie mów mi, że ty też – jęknął Andy, próbując uciec
Purdy’emu, który właśnie czochrał mu włosy. – Jak CC...
Przybiłam z Comą piątkę.
- Jak dzieci – westchnął Jinxx.
- Dzieci się nie zakładają – zgasił go CC. – Gramy w
butelkę?
- NA ROZBIERANIE! – ryknął Ashley, zrzucając sobie
Andy’ego z kolan. Tamten rąbnął tyłkiem o podłogę, a pech chciał, że akurat
miał dżinsy z zatrzaskami na tylnych kieszeniach.
- Kurwaaaa! – zawył, wstając.
- Też kobieta, tylko krocze ma robocze – powiedział
Christian, biorąc ze stołu butelkę Heinekena.
Zakręcił szkłem, padło na Jinxxa.
- Masz trzy odmowy. Odmowa to rozbieranka. Pytanie czy
wyzwanie? – spytał z uśmiechem.
- Pytanie – odparł Jeremy pewnie.
- Zawsze mnie to zastanawiało... O co się pożarliście z
Sammi?
Jinxx westchnął. Wiedziałam, że CC na bank każe mu
ściągnąć majtki albo spodnie.
- Była pewna cycata blondynka... – zaczął. – I był idiota,
co się na nią napalił. Blondynka miała Twittera i Instagrama, koniec bajki.
Zakręcił butelką. Wypadło na Ashley’a.
- Ashy... – uśmiechnął się psychopatycznie. – Pytanie czy
wyzwanie?
- Wyzwanie – wyszczerzył się Purdy.
- Zróbcie Andley’a – tu zerknął wymownie na CC’iego.
- Ale ty zrobisz Cinxxa – powiedział Andy.
- Się zobaczy. No dawać, dawać – uśmiechnął się.
Ash zbliżył się do Andsa, położył mu rękę na plecach i
przyciągnął do siebie. Jinxx zaczął nagrywać.
Pocałowali się. Tak słodko to wyglądało...
- Aww – powiedzieliśmy z CC’im równocześnie.
Potem jednak odkleili się od siebie i Andy pobiegł po
papierowe ręczniki do kuchni. Wrócił, wycierając sobie język.
- Jeszcze mydło weź – poradził mu Purdy, za co został
spiorunowany parą niebieskich oczu.
Ashley zakręcił butelką i wypadło na Ellę.
- Pytanie czy wyzwanie? – spytał Ashy słodko.
- Pytanie – odparła tamta ze śmiechem.
- Kiedy ostatni raz ze sobą spaliście?
Zerknęli po sobie z Jakiem.
- Czekamy do ślubu – odparła. – Nie przyznam się przy
córce.
- To ja mogę sobie iść – zaproponowałam i byłam bliska
wstania, kiedy usłyszałam:
- A chuj tam. Wczoraj.
Mama zakręciła butelką, trafiając na mnie.
- Pytanie czy wyzwanie, Grace?
- Pytanie – odparłam z westchnieniem.
- Czego słuchałaś przed BVB?
O nie. Trzeba się przyznać do bezguścia.
- Justinabiebera – wymamrotałam tak szybko, że sama się
ledwo zrozumiałam.
- Nie dosłyszałem – powiedział Andy.
- Chodź więcej w słuchawkach, to tak będzie częściej –
pomatkował mu Ashley.
- Nieważne. Czego? – odparował tamten.
- Justina Biebera – wyznałam, patrząc w podłogę.
- CO?! – krzyknęli pozostali, a Ashley wylądował pod
samym kominkiem.
- No no to – odparłam cicho. – Ale już mi przeszło.
Chociaż to trwało jakiś rok... Ale moją drugą miłością był MCR.
- Masz szczęście – odetchnął Jake. – Kręć.
Zakręciłam posłusznie.
Wypadło na CC’iego.
- Pytanie czy wyzwanie, Cee? – uśmiechnęłam się.
- Wyzwanie – odparł wesoło. Czy on się w ogóle kiedyś
przestaje uśmiechać?
- Zróbcie Cinxxa – poprosiłam ładnie.
- No nie no, nie dość, że przegrałem zakład, to jeszcze
muszę robić za geja – jęknął Jinxx, kiedy CC przeraczkował do niego po
podłodze. Pchnął Jeremy’ego na podłogę i położył się na nim, całując mocno.
Andy, oczywiście, w odwecie za Andley’a, uwieczniał wszystko na telefonie Asha,
bo jego wciąż robił za DJ-a.
- Kocham cię, wiesz? – powiedział Coma wesoło. I
pocałował Jinxxa drugi raz.
- Zejdź... kurwa... ze mnie – Ferguson zepchnął z siebie
chudzielca i odetchnął z ulgą. – Co za
trauma... Nienawidzę cię, Hazel.
- Też cię lubię – odparłam.
CC zakręcił szkłem po raz drugi.
- Andy... pytanie czy wyzwanie?
- Pytanie – Biersack wzruszył ramionami.
- To prawda, że się tniesz?
- A muszę odpowiadać? – spytał tamten.
- Możesz zaliczyć utratę gaci, wybór należy do ciebie.
- No dobra... – westchnął. – Nie.
Ale widziałam, jak krzyżuje palce za plecami.
PizgamXDD Tarzałam się po podłodze ze śmiechu. XD Andrzejnsie tnie? ;-;
OdpowiedzUsuńHahaha xD Boże Andley i Cinxx hahaha xdddd
OdpowiedzUsuńTEN BLOG JEST ZAJEBISTY XD
ALE ANDRZEJ NIE MOŻE SIĘ CIĄĆ! ;-;
Jeejjjjjjj, Andley!! Czy tylko ja uważam, że geje są słodcy? ;3 Ogólnie, jezu (ach, z małej litery, ale ze mnie Szatan), dlaczego niektórzy mają tak dobrze? Ja to bym się w takiej sytuacji w majtki zeszczała z radości.. Bieber? Trochę mi trudno w to uwierzyć. W sumie to ja nic nie słuchałam, ale aż trudno uwierzyć w taką zmianę..
OdpowiedzUsuńI czemu Andrzej się tnie? Toż był taki happy, chyba nie przez Andley' a?.. Weź zdradź...
Kocham Cię i zapraszam w każdy poniedziałek (nie ma to jak reklamy) :)