sobota, 25 października 2014

Rozdział 2



- No i wtedy moi rodzice uznali, że nie mamy nic do gadania, bo jesteśmy nieodpowiedzialni i skoro nie chcę usunąć ciąży, to mamy cię oddać – Ella, a w zasadzie to moja matka, opowiadała mi właśnie historię mojego poczęcia. – Nie działały błagania, płacz, krzyki, walenie głową w drzwi. Jake nawet chciał... jak to było? – zastanowiła się chwilę.
- Zagroziłem, że się podpalę – dodał tata. – I zrobiłem to. To znaczy, u nas w szkole była wtedy moda na podpalanie denaturatu. Więc oblałem sobie buty tym czymś i podpaliłem na oczach rodziców Elle. Ale mieli oczy. Niestety, to tylko pogorszyło sytuację, bo uznali mnie za wariata – zaśmiał się, parkując przed willą w włoskim stylu. – Mam nadzieję, że pokój ci się spodoba... Chociaż na razie to była bardziej graciarnia, więc jakby wieczorem coś typu złamana kostka albo... no nie wiem, wisiorek wbijało ci się w dupę, to się nie zdziw.
Pokiwałam głową, cały czas się śmiejąc. Dlaczego dopiero teraz, po latach, dostałam takich rodziców? Dlaczego tamci nie powiedzieli mi wcześniej? Bali się, że ucieknę? Że im nie uwierzę? Że ich znienawidzę? Proszę, do czego doprowadziliście.
Wysiadłam z auta, zarzucając torbę z Asking Alexandrią na ramię, po czym za rodzicami ruszyłam do drzwi.
Od progu uderzył mnie zapach cynamonu. Przedpokój był w kolorze kawy, na ścianach wisiały różne obrazki, począwszy od zdjęć rodziców, przez te Bridesów, na jakichś rysunkach skończywszy. Najbardziej spodobał mi się jeden z nich, taki z kolesiem, który trzymał gitarę, stojąc w płomieniach.
Kiedyś zrobię sobie taki tatuaż, postanowiłam, wspinając się za mamą po schodach na piętro. Tam na korytarzu leżał miękki biały dywan, idealnie pasujący do malinowych ścian.
Mama otworzyła jedne z drzwi z jasnego drewna, a moim oczom ukazał się zwyczajny pokój, łóżko, biurko, szafa, komoda, biblioteczka, trochę gratów. Byłam tu, choć wciąż nie w pełni to do mnie dotarło. Wciąż nie wierzyłam, że naprawdę Jake i Ella to MOI rodzice. Przecież KAŻDY dałby się pokroić za takie coś, a tu taka ja...
- Nie wiedzieliśmy, jaki masz gust – zaczęła niepewnie. – Więc w szafie jest pełno ciuchów, które, jak stwierdził Ashley, „na pewno będą ci się podobać”. Jakby co, to tak i tak jedziemy na zakupy jutro z rana, trzeba wyremontować tę kanciapę.
Już się boję, co Ash tam dał.
Uśmiechnęłam się tylko do niej i weszłam głębiej do mojego nowego azylu.
Rozejrzałam się.
Okno wychodziło na ocean, palmy falowały na wietrze, oświetlone od tyłu zachodzącym słońcem.
Ściany pokoju miały kolor limonkowej zieleni, drzwi z jasnego drewna w ścianie, zapewne od szafy, sąsiadowały z drugimi, podobnie zrobionymi, przesuwanymi.
Zajrzałam za nie. Była tam miniaturowa łazienka w kolorze perłowym, z, co mnie zaskoczyło, ze względu na to,  że pomieszczenie miało rozmiar dwudrzwiowej szafy, wanną.
Wróciłam do pokoju i postanowiłam zerknąć na „Ashley’owe” ciuchy.
Szczerze mówiąc, mogłam się tego spodziewać, ale myślałam raczej o ubraniach wierzchnich przypominających bieliznę, a tu, w szafie, leżała różowa bluza z jego sklepu, ta z 69, która mi się zawsze marzyła, bluzka Purdy Girl, jakieś zakolanówki, kilka par, skórzana kurtka z BVB Rebels, taka, jak ta, którą miała Alicia w „Legion Of The Black”, trampki, creepersy, glany, kowbojki (dwie pary), rurki, podarte i nie, głównie czarne, ale znalazłam też i czerwone, skórzane spodnie w stylu Gunsów, bandany w praktycznie każdym kolorze, taka czapka „na czubek głowy”, no i karteczka. „Jeśli jeszcze nie jesteś w Armii, to zapewniamy Cię, że wkrótce będziesz, Grace =D” i autografy chłopaków. Jak miło. Ale muszę ich rozczarować. Jestem, i to już ładny kawałek czasu. Ubrania bardzo mi się podobały, dorzuciłam jeszcze te swoje, a to znaczy: koszulki z zespołami i bluzę z MCR. No i kilka par bojówek.
Postanowiłam, że zejdę do rodziców i tak nie mam nic do roboty.
Przystanęłam na schodach, słysząc podniesione głosy. Czyżby coś się stało? Tylko nie podsłuchuj, Hazel... Ale co ja poradzę, że tu wszystko słychać?
- Jak to, kurwa, wylali ją ze szkoły? – spytał Jake. Odpowiedzi nie otrzymałam, więc uznałam, że gada przez telefon. Wolałam się nie wtrącać. Najciszej, jak się dało, wróciłam na górę, jednak jeden stopień perfidnie skrzypiał (muszę go omijać, uwaga na przyszłość). Wstrzymałam oddech. Nikt się nie pojawił. Dostrzegłam za to drabinkę zwisającą z sufitu. W sumie, czemu nie?
Złapałam za jeden ze szczebli i postawiłam nogę na najniższym. Wspięłam się i podniosłam klapę.
Rozejrzałam się po strychu. Był ogromny, do tego znajdowało się tu chyba wszystko.
Pomiędzy stosami poduszek i materaców leżały nuty, zabazgrane kartki, jakieś ciuchy, zapalniczka i paczka papierosów, instrumenty, pałki do perkusji, zeszyty, długopisy, zdjęcia, listy.
Papierosy i zapalniczkę wsunęłam szybko do kieszeni, w końcu mam własne i nie muszę polegać na moim stałym dostawcy, w zależności od tego, czy mu się chciało – chłopaku Mai. Przeszłam się po stryszku. Wyglądał jak pomieszczenie, gdzie chłopaki rezydują, gdy nagrywają płytę lub kiedy imprezują.
Jedyne okno wychodziło na zachód, na miasto. Piękny widok. Aż musiałam zrobić zdjęcie, w końcu nie ma dwóch identycznych zachodów słońca.
Potknęłam się o stos kartonów po pizzy. Szkoda, że nie było na nich tekstów piosenek, jak u Gunsów. Nie zamierzałam grzebać po tych notesach, nie byłam wścibska.
Uznałam, że ze strychu to już wszystko i wróciłam na piętro.
W łazience pod wanną były drzwiczki. Wzięłam jakieś pudełko i schowałam tam szlugi wraz z zapalniczką, po czym je zamknęłam. Tu nikt tego nie znajdzie.
Nie wyjaśniłam... Grace to było moje imię nadane przez rodziców, a Hazel dostałam przy zmianie rodziny. A że byłam do tego drugiego przyzwyczajona, zostałam Hazel Grace. (Tak mi się połączenie tych imion podoba, a jeszcze uwielbiam „Gwiazd Naszych Winę”, więc musiałam ją tak nazwać, przyp. aut.)
Krzyki na dole ucichły, więc stwierdziłam, że zejdę.
Niepewnie wkroczyłam do salonu, gdzie mama oglądała „Miami Ink”, a tata, co jakiś czas na to zerkając, pisał coś (lub z kimś) na komputerze.
- Jak się dom podoba? – zagadnął, przymykając ekran.
- Świetny – odparłam z pełnym przekonaniem.
- Ja nie wierzę w twojego dyrektora – westchnął. – Wywalił cię ze szkoły tylko dlatego, że dałaś należne jakiejś lasce w ryj. I nie chce cię przyjąć z powrotem. Co byś powiedziała na inne liceum? Jest takie jedno, siostra CC’iego je kończyła, co?
I tak do jakiejś szkoły muszę chodzić...
Skinęłam głową.
- Zamawiać już tą pizzę? – wtrąciła mama. – Zaraz przyjdą.
Spojrzałam na nią. Kto przyjdzie? Czyżby... reszta?
Jake skinął głową, po czym zaklął.
- Co? – spytała go Ella.
- Zawiesił się... ale już działa... Trzeba będzie coś wymyślić na tą nową płytę...
- Nową płytę, mówisz? – zaciekawiłam się. Uśmiechnął się tylko, ale nic więcej nie powiedział. No cóż, dowiem się w swoim czasie.

***

Trzask drzwi. TEN głos. I drugi. I trzeci. I czwarty. Czy oni zawsze się tak kłócą? I to o to, że może kolor zielony wcale nie jest zielonym, tylko żółtym?
- Długo powtarzane kłamstwo w końcu staję się prawdą – zakończył dyskusję CC, wpadając do salonu. – Witam was, drodzy zebrani!
- Ej, to moja kwestia – obraził się Andy. Wciąż nie miał kolczyka w wardze, pozostał tylko ten w nosie.
- Jedzenie przyszło? – spytał Ashley, odrzucając grzywkę sposobem Purdy’ego.
- Doberek – ten ostatni to Jinxx.
Nie fangirluj, Hazel, nie teraz. Ale nie mogłam. To było za dużo jak na jeden dzień. Stało przede mną całe Black Veil Brides, zespół, który tyle razy nie pozwolił mi do końca upaść, kiedy już dotykałam kolanami ziemi, był jak ramiona, które cię łapią, byś nie obił sobie łokcia. Był jak dłoń, którą możesz złapać, gdy toniesz, jak szalik, gdy lód się pod tobą załamie.
Próbowałam opanować drżenie kolan, walenie serca, płytki oddech, zimne ręce, nienaturalne zachowanie.
- A ty co, Parkinsona masz? – spytał CC wesoło.
- N-nie – odparłam cicho, wyłamując sobie palce.
- Jesteś pewna? Wyglądasz, jakbyś za chwilę miała wyjść na scenę i zagrać dwuipółgodzinny koncert bez ani jednej pomyłki i akompaniatora – stwierdził Jinxx.
- N-naprawdę? – wyjąkałam. Oni naprawdę tu są, wszyscy, to nie złudzenie, to nie sen, moje marzenie właśnie się spełnia.
- No chyba, że chc... – zaczął Ashley, ale rodzice zgromili go spojrzeniem. – No co? Chciałem tylko zapytać, czy chce pograć w Guitar Hero – obronił się Purdy. – Właśnie, chce ktoś?
- Ja! – krzyknęłam jednocześnie z Andy’m, CC’im i Jinxxem.
Pobiegliśmy, prawie się w drzwiach zabijając, do salonu. Ash i CC usiedli na kanapie, Andy rozwalił się na fotelu, tata na drugim, mama na pufie, a ja i Jinxx na podłodze, mierząc się spojrzeniami.
- Pokaż, co potrafisz, Pitts – powiedział, zaciskając palce na padzie.
Zaczęliśmy grać (w zasadzie nie wiem, na czym Guitar Hero w zasadzie polega i na ile jest osób, ale powiedzmy, że zrobili wielką bitwę, przyp. aut.)
W końcu zostaliśmy już tylko ja, tata i Jinxx (pozostali okładali się z tyłu poduszkami).
Już prawie koniec i....
- TAK! – wydarłam się, widząc, jak tata odpada. To oznaczało, że muszę jeszcze pokonać Jinxxa.
- Oj, bo dałem wam fory – Jake dołączył do reszty.
- Gramy o sto dolarów – powiedziałam, bo akurat tyle i jeszcze trochę miałam.
- Ok – odparł Ferguson. – Ale będziesz spłukana.
- To się zobaczy – powiedziałam. Podaliśmy sobie ręce. – Przetniesz, Andy?
Biersack przeciął nasz zakład i wrócił do napierdalania się częściami kanapy.
- Trzy, dwa, jeden – odliczył Jinxx.
Zaczął nieźle. Zostałam daleko za nim. Uśmiechnął się zwycięsko, ale wkrótce dogoniłam go z punktami i teraz jechaliśmy łeb w łeb, powoli zbliżając się do końca piosenki. Prowadziłam dwudziestoma punktami.
Jinxx szybko zmniejszył odległość do siedmiu. Zaczęłam agresywniej wciskać guziki na padzie.
Potem jeszcze raz go wyprzedziłam, tym razem o dobrą pięćdziesiątkę i wydałam z siebie okrzyk radości.
- Wyskakuj z kasy – wyszczerzyłam się. Ferguson ze spuszczoną głową sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął stamtąd portfel. W momencie, kiedy dawał mi moją stówę, odwrócił się Ashley.
- Płacisz jej za usługi? – zdziwił się, co spowodowało, że Jake i Ella momentalnie się obrócili.
- Chciałbyś – odparł Jinxx. – Więcej z tobą nie gram, Pitts.
Uśmiechnęłam się tylko zwycięsko w odpowiedzi.
- Wy się zakładaliście? – zdziwiła się mama.
- Ty nic nie widziałaś – odparł Jeremy z uśmiechem.
Schowałam kasę do kieszeni, a Andy podłączył telefon do wieży i popłynęło „They Don’t Need To Understand”. Kochałam ten utwór.
- Nie ma to jak słuchać własnych piosenek – stwierdził Ashley, biorąc młodszego na kolana.
- ANDLEY!!!! – krzyknęłam. To było takie słodkie.
- Nie mów mi, że ty też – jęknął Andy, próbując uciec Purdy’emu, który właśnie czochrał mu włosy. – Jak CC...
Przybiłam z Comą piątkę.
- Jak dzieci – westchnął Jinxx.
- Dzieci się nie zakładają – zgasił go CC. – Gramy w butelkę?
- NA ROZBIERANIE! – ryknął Ashley, zrzucając sobie Andy’ego z kolan. Tamten rąbnął tyłkiem o podłogę, a pech chciał, że akurat miał dżinsy z zatrzaskami na tylnych kieszeniach.
- Kurwaaaa! – zawył, wstając.
- Też kobieta, tylko krocze ma robocze – powiedział Christian, biorąc ze stołu butelkę Heinekena.
Zakręcił szkłem, padło na Jinxxa.
- Masz trzy odmowy. Odmowa to rozbieranka. Pytanie czy wyzwanie? – spytał z uśmiechem.
- Pytanie – odparł Jeremy pewnie.
- Zawsze mnie to zastanawiało... O co się pożarliście z Sammi?
Jinxx westchnął. Wiedziałam, że CC na bank każe mu ściągnąć majtki albo spodnie.
- Była pewna cycata blondynka... – zaczął. – I był idiota, co się na nią napalił. Blondynka miała Twittera i Instagrama, koniec bajki.
Zakręcił butelką. Wypadło na Ashley’a.
- Ashy... – uśmiechnął się psychopatycznie. – Pytanie czy wyzwanie?
- Wyzwanie – wyszczerzył się Purdy.
- Zróbcie Andley’a – tu zerknął wymownie na CC’iego.
- Ale ty zrobisz Cinxxa – powiedział Andy.
- Się zobaczy. No dawać, dawać – uśmiechnął się.
Ash zbliżył się do Andsa, położył mu rękę na plecach i przyciągnął do siebie. Jinxx zaczął nagrywać.
Pocałowali się. Tak słodko to wyglądało...
- Aww – powiedzieliśmy z CC’im równocześnie.
Potem jednak odkleili się od siebie i Andy pobiegł po papierowe ręczniki do kuchni. Wrócił, wycierając sobie język.
- Jeszcze mydło weź – poradził mu Purdy, za co został spiorunowany parą niebieskich oczu.
Ashley zakręcił butelką i wypadło na Ellę.
- Pytanie czy wyzwanie? – spytał Ashy słodko.
- Pytanie – odparła tamta ze śmiechem.
- Kiedy ostatni raz ze sobą spaliście?
Zerknęli po sobie z Jakiem.
- Czekamy do ślubu – odparła. – Nie przyznam się przy córce.
- To ja mogę sobie iść – zaproponowałam i byłam bliska wstania, kiedy usłyszałam:
- A chuj tam. Wczoraj.
Mama zakręciła butelką, trafiając na mnie.
- Pytanie czy wyzwanie, Grace?
- Pytanie – odparłam z westchnieniem.
- Czego słuchałaś przed BVB?
O nie. Trzeba się przyznać do bezguścia.
- Justinabiebera – wymamrotałam tak szybko, że sama się ledwo zrozumiałam.
- Nie dosłyszałem – powiedział Andy.
- Chodź więcej w słuchawkach, to tak będzie częściej – pomatkował mu Ashley.
- Nieważne. Czego? – odparował tamten.
- Justina Biebera – wyznałam, patrząc w podłogę.
- CO?! – krzyknęli pozostali, a Ashley wylądował pod samym kominkiem.
- No no to – odparłam cicho. – Ale już mi przeszło. Chociaż to trwało jakiś rok... Ale moją drugą miłością był MCR.
- Masz szczęście – odetchnął Jake. – Kręć.
Zakręciłam posłusznie.
Wypadło na CC’iego.
- Pytanie czy wyzwanie, Cee? – uśmiechnęłam się.
- Wyzwanie – odparł wesoło. Czy on się w ogóle kiedyś przestaje uśmiechać?
- Zróbcie Cinxxa – poprosiłam ładnie.
- No nie no, nie dość, że przegrałem zakład, to jeszcze muszę robić za geja – jęknął Jinxx, kiedy CC przeraczkował do niego po podłodze. Pchnął Jeremy’ego na podłogę i położył się na nim, całując mocno. Andy, oczywiście, w odwecie za Andley’a, uwieczniał wszystko na telefonie Asha, bo jego wciąż robił za DJ-a.
- Kocham cię, wiesz? – powiedział Coma wesoło. I pocałował Jinxxa drugi raz.
- Zejdź... kurwa... ze mnie – Ferguson zepchnął z siebie chudzielca i odetchnął z ulgą.  – Co za trauma... Nienawidzę cię, Hazel.
- Też cię lubię – odparłam.
CC zakręcił szkłem po raz drugi.
- Andy... pytanie czy wyzwanie?
- Pytanie – Biersack wzruszył ramionami.
- To prawda, że się tniesz?
- A muszę odpowiadać? – spytał tamten.
- Możesz zaliczyć utratę gaci, wybór należy do ciebie.
- No dobra... – westchnął. – Nie.
Ale widziałam, jak krzyżuje palce za plecami.

3 komentarze:

  1. PizgamXDD Tarzałam się po podłodze ze śmiechu. XD Andrzejnsie tnie? ;-;

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahaha xD Boże Andley i Cinxx hahaha xdddd
    TEN BLOG JEST ZAJEBISTY XD
    ALE ANDRZEJ NIE MOŻE SIĘ CIĄĆ! ;-;

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeejjjjjjj, Andley!! Czy tylko ja uważam, że geje są słodcy? ;3 Ogólnie, jezu (ach, z małej litery, ale ze mnie Szatan), dlaczego niektórzy mają tak dobrze? Ja to bym się w takiej sytuacji w majtki zeszczała z radości.. Bieber? Trochę mi trudno w to uwierzyć. W sumie to ja nic nie słuchałam, ale aż trudno uwierzyć w taką zmianę..
    I czemu Andrzej się tnie? Toż był taki happy, chyba nie przez Andley' a?.. Weź zdradź...
    Kocham Cię i zapraszam w każdy poniedziałek (nie ma to jak reklamy) :)

    OdpowiedzUsuń