niedziela, 19 października 2014

Rozdział 1



- Nie! Nie jestem wariatką! Zostaw mnie! – krzyknęłam do ojca, który właśnie wpadł w furię. Złapał mnie za koszulkę i przytrzymał. Moja ukochana bluzka z BVB była na skraju wytrzymałości. - Ja tylko zajrzałam w te papiery, nic więcej. Czy to koniec świata?
-  Nie pyskuj, gówniaro – odpowiedział. Tak bardzo na temat. – Co ci z tego przyszło? Co? I tak nic z tym nie zrobisz!
Data i miejsce urodzenia: 20.03.1999, Boise, Idaho.
- Ale przynajmniej wiem, dlaczego zawsze milczeliście, gdy pytałam, do kogo jestem podobna! – odparowałam, wyrywając się. Kawałek materiału został mu w palcach.
- To było dla twojego dobra! Tak, jak śpiewa ten zniewieściały pedał! – o nie, tego już za wiele. Nie powołuj się na tekst „Done For You”, bo to nie do końca tak.
- On ma na imię Andy i ma dziewczynę – wycedziłam lodowato.
- Och, oczywiście! Nawet go nie znasz, a już go bronisz. Powinnaś być wdzięczna, że cię przygarnęliśmy, skoro nawet własny ojciec cię nie chciał.
- On miał wtedy jakieś czternaście lat, nie myślał – ach, moja matematyka.
- To prawda. Nie myślał. I chyba nadal tego nie robi.
- Nie dokończyłam! – wyprowadził mnie z równowagi. – Założę się, że zadecydowali za niego. A poza tym, skoro nie znasz faktów, to co się kłócisz!
Dostałam w twarz.
- Nie będziesz się tak do mnie odzywać, małolato! – po każdym słowie obrywałam po ryju.
- Będę – odsunęłam się na bezpieczną odległość. – Jestem buntowniczką i jestem wolna.
- Ty? Buntowniczką? Proszę cię. Możesz co najwyżej spytać o pozwolenie powrotu później niż o dziesiątej. Dziewczyno, ty zwariowałaś!
- Oczywiście, że tak! Przecież ty zawsze masz rację! Zawsze! Nie wolno się z tobą kłócić, wielebny panie ojcze!
Teraz to przesadziłam. Wiedziałam. Poczerwieniał. Zbliżył się.
- Zupełnie poprzewracało ci się w głowie! – ryknął. – Chcieliśmy dać ci normalny dom, przynajmniej masz szansę się uczyć! – ta, szansę, przymus. – Spójrz na Mayę! Ona jest dobra ze wszystkiego! Też powinnaś taka być! – Maya, moja siostra, dla waszej informacji, leciała tylko na ściągach, ale to wystarczyło. Mogłam być taka jak ona, ale naukę traktowałam jak karę i kiedy miałam coś wykuć, podchodziłam do tego jak do przykrego obowiązku. Stosowałam zasadę 3Z – zakuć, zdać, zapomnieć. Czasem skutkowała. Tylko czasem. Za to jeśli chodzi o muzykę... Niespecjalnie starałam się w szkole, byłam na lekcjach, ale nie udzielałam się. Choć podobno grałam „prawie jak Slash”, jak śmiał się mój nauczyciel, pan Philips, jedyna osoba, której, poza Mayą, mogłam ufać.
Imiona rodziców: Ella Cole, Jacob Pitts.
- A może ja nie chcę? – spytałam.
- I ty mieszkasz pod moim dachem! Do swojego pokoju, przemyśleć zachowanie!
- Dziękuję, że daliście mi pozwolenie na opuszczenie salonu, panie ojcze – odwróciłam się i wyszłam.
Wciąż nie wierzyłam w to, co zobaczyłam przedwczoraj na tej kartce. Jak miałam go znaleźć? Pojechać do niego do domu i pokazać mu te papiery? Przecież nie mogłam, ot tak, włazić mu w życie. Miał swój zespół, narzeczoną, zapewne plan na resztę życia ułożony... A ja? Tylko bym wszystko popsuła. No bo jaką mam pewność, że chciał mnie znać?

Jake

- Jak ja mam jej szukać? – jęknąłem do laptopa, do Andy’ego siedzącego teraz u rodziców w Cincinnati.
- Spróbuj przez facebooka – poradził.
- To było pierwsze, co zrobiłem. Nie ma żadnej.
- Może zmieniła nazwisko?
- O tym też myślałem. Tylko na jakie?
- Też fakt – zamyślił się chwilę. – Pamiętasz, gdzie ją oddaliście?
- Ty... – oświeciło mnie. – To jest myśl. Szpital świętego Wawrzyńca.
- Pojedź tam i spytaj. Minęło dopiero półtora dekady, na pewno trzymają gdzieś te wszystkie karty.
- Też prawda. Dzięki stary – pożegnałem się i pognałem po schodach na dół, gdzie Ella czytała jakieś romansi... nie, stój, to Stephen King.
- Co tam? – spytała.
- Jedziemy do Boise! – odparłem, nie mogąc ustać w miejscu.
- A po co? – zdziwiła się.
- No bo tam, w tym szpitalu mogą nam powiedzieć, gdzie jest Grace!
- Kiedy?
- Teraz!
Moja narzeczona wstała z kanapy i pobiegła do sypialni, a ja za nią.
Wzięliśmy jakieś rzeczy na przebranie, po czym wybiegliśmy z domu i ruszyliśmy w kierunku stanu Idaho.

***

Ledwo poznałem to miejsce. Przez piętnaście lat trochę się zmieniło. Ale nadal był tu ten strumyk, nad którym siedziałem kiedyś, błagając, by udało mi się jeszcze kiedyś spotkać Grace. Może moje modlitwy właśnie się spełniają? Wtedy byłem dzieckiem, to była wpadka, żadne z nas nie przypuszczało, że gumki są do czegoś potrzebne.
Zaparkowałem pod drzewem i wyskoczyliśmy z samochodu, gnając do... no właśnie, gdzie mieliśmy tego szukać?
Ella zerknęła na rozpiskę pięter. W końcu zadecydowaliśmy, że spytamy na porodówce.
Zamknęliśmy się w windzie. Z uśmiechem odkryłem, że wciąż jest tutaj nasz podpis, inicjały, choć lekko już zamazane. Kiedy to zrobiliśmy? Chyba tego dnia, w którym Elle powiedziała mi, że jest  w ciąży.
Weszliśmy na unowocześniony oddział i podeszliśmy do tego wielkiego biurka.
- Chcielibyśmy się dowiedzieć, kto adoptował naszą córkę – powiedziała Ella do pielęgniarki za biurkiem.
- A kiedy się urodziła? – spytała tamta znudzonym tonem.
- Dwudziesty marca dziewięć dziewięć – powiedziałem.
- I po tylu latach przychodzą państwo tutaj?! – wybałuszyła oczy. – Lepiej późno niż wcale. Ale zaraz.. ja was pamiętam. Ta para nastolatków, co pan pani grał na gitarze rockowe ballady, kiedy rodziła – uśmiechnęła się. – Musimy zejść do piwnicy.
Wzięła jakiś klucz i poprowadziła nas korytarzem w stronę schodów.
Piwnica była stara i przypominała magazyn.
- Proszę przypomnieć nazwisko – poprosiła.
- Pitts – odparłem. – Miała na imię Grace.
Pielęgniarka błądziła wzdłuż regałów, aż w końcu zdjęła z jednej z półek poszarzałą teczkę.
- Grace Pitts, tak? – upewniła się. Skinąłem głową. – Obecnie mieszka w Los Angeles przy 514 South Westgate Avenue jako Hazel Jordan – wręczyła nam teczkę. – Tu i tak by się kurzyła.
Podziękowaliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną do LA.

Hazel

Następnego dnia „rodzice” milczeli. Razem z Mayą wyszłyśmy do szkoły. W czasie drogi zwierzyłam się jej z tego, co ją ominęło przez próbę chóru.
- Nie spodziewałabym się tego – stwierdziła. – Myślę, że powinnaś go poszukać. Przynajmniej dowiesz się, czy cię jeszcze pamięta. I nie przejmuj się tym, co on mówi. Często przesadza – uśmiechnęła się. Maya była aniołem. Zawsze cierpliwa, wysłuchała, doradziła, nigdy nie krzyczała, gdy jakieś dzieci ją wkurzyły, tłumaczyła do znudzenia. Nic dziwnego, że była przez wszystkich lubiana. Nie to, co ja – łatwo było wyprowadzić mnie z równowagi, do tego byłam niestabilna emocjonalnie i potrafiłam pobić. Pyskowałam nauczycielom, często zostawałam po lekcjach, spisywałam zadania, robiłam innym prace...
Weszłyśmy do szkoły. Zaraz przy wejściu Maya odeszła z koleżankami, a ja powlokłam się w stronę swojej szafki. Oczywiście, czekały tam już na mnie najbardziej puste laski w naszej szkole, które cyckami nadrabiały za rozum – cheerleaderki.
- Buty nie pasują ci do paska od spodni, Jordan – oświadczyła najgłupsza z nich, Mandy (która wyglądała prawie jak Mandy z Odlotowych Agentek).
- Pech – wzruszyłam ramionami, odpychając ją, by dostać się do szafki. Cała była w środku pokryta zdjęciami BVB i MDE, moich dwóch ukochanych zespołów. Trzecim był MCR, ale nie starczyło miejsca.
- Bo ty próbujesz wyglądać jak te pedały – powiedziała Sue, najpopularniejsza, z toną gładzi szpachlowej na twarzy.
- Sama jesteś pedał – odparowałam. – A po drugie, Alva jako kobieta, nie może być pedałem.
- Toć ona nawet nie wygląda jak dziewczyna! – jęknęła Beth, pusta blondyna.
- Jej przynajmniej styl pasuje i nie wygląda, jak w twoim przypadku, jak dziwka – powiedziałam, zamykając szafkę i oddalając się od tych tępych dzid.
Ruszyłam po schodach na fizykę, ale dogoniły mnie i wylądowałam na dole, jak Brianna w „Numb”.
Rozcięłam sobie wargę, ale teraz nie to się liczyło. Podeszłam do sprawczyni, Mandy i wycelowałam jej pięścią w twarz (punkt dla mnie za noszenie szerokich pierścionków). Rozkwasiłam jej nos. Złapała się za niego, a tamte otoczyły ją jak muchy gówno, więc miałam spokój.

***

- Mogę prosić pannę Jordan? – wychowawczyni klasy Mandy zajrzała na naszą lekcję.
Podniosłam się z miejsca.
Zaprowadziła mnie do dyrektora.
- Miałaś już za dużo przewinień – oświadczył ten stary łysy dziadyga. Mandy ze swoją rozkwaszoną twarzą siedziała po drugiej stronie jego gabinetu, uśmiechając się szyderczo. – Musisz pożegnać się z naszą szkołą. Teraz wrócisz do domu. Jutro nie masz się tu co pokazywać.
- I nie zamierzam – oświadczyłam, wychodząc i trzaskając drzwiami.
Ruszyłam w stronę domu. Już od początku ulicy moją uwagę przykuło auto stojące przy naszym numerze. Nikt ze znanych mi ludzi nie posiadał Lamborghini.
Zdecydowałam, że nie wracam. Nie dziś, nie tam, nie teraz.
Zawróciłam w stronę placu zabaw.
Usiadłam na jednej z huśtawek i zaczęłam ryć kowbojką w piasku. Potem włączyłam sobie muzykę, nie podłączywszy słuchawek, więc cała okolica mogła słuchać „I’m not okay”.
Minuty mijały, nic się nie działo. Odgłosy miasta dochodziły z daleka, ignorowałam je. W końcu jednak uznałam, że powinnam wrócić, choćby ze względu na Mayę, która pewnie się martwiła. Jej nie mogłam zawieść.
Pozbierałam rzeczy z ziemi, po czym ruszyłam w stronę domu. Czerwone Lamborghini wciąż tam stało. No trudno, może to nie po mnie.
Pchnęłam drzwi, przemknęłam do swojego pokoju i tam już zostałam.
Na dole toczyła się jakaś rozmowa, ale nie rozumiałam słów.
Dopiero kroki wyrwały mnie z transu. Bliżej, bliżej, bliżej.
Pukanie do drzwi.
 - Wejść – rzuciłam.
Najpierw zobaczyłam czarne paznokcie i trampki w tym samym kolorze, potem mężczyznę z długimi włosami, a za nim kobietę o idealnej figurze. Ja cię... Jake Pitts i Ella Cole.
- Cześć – przywitali się.
- Dobry – odparłam cicho.
- Ci na dole mówią, że już wszystko wiesz. Mam tylko jedno pytanie... Chcesz z nami zamieszkać?
I tak wylali mnie ze szkoły, więc co mi tam... Pokiwałam głową.


4 komentarze:

  1. AW, o kurwa to było zajebiste. Bizu, Jake i Ella ♥
    Jak ja bym chciała żeby CC był chociaż moim wujkiem

    OdpowiedzUsuń
  2. Sory, obiecam cię, ze przeczytam jutro, obiecam i napiszę ci długi, ładny komentarz, ale nie dziś (mam wyrzuty sumienia) :/
    W ogóle to za 20 min do kina na ,,Bogowie" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra, piszę więc ten mój cudny komentarz. Dlaczego Grace- Hazel jest pod koniec taka obojętna? Gdybym ja miała ojca z ulubionego zespołu, rzuciłabym mu się na szyję i dziękowała do końca życia! I w ogóle wyczuwam, ze będą jakieś komplikacje, bo G-H, chyba nie jest pełnoletnia..
      Zaciekawiłaś mnie, będę czytać :)
      P.S Film był genialny ;))

      Usuń
    2. Już tlumacze.. . Do niej po prostu jeszcze nie wszystko w pelni dotarło, co zresztą zobaczysz już niebawem i tak, zastanawiam sie nad tymi komplikacjami. i dziękuję za mile słowa =D

      Usuń