sobota, 25 października 2014

Rozdział 2



- No i wtedy moi rodzice uznali, że nie mamy nic do gadania, bo jesteśmy nieodpowiedzialni i skoro nie chcę usunąć ciąży, to mamy cię oddać – Ella, a w zasadzie to moja matka, opowiadała mi właśnie historię mojego poczęcia. – Nie działały błagania, płacz, krzyki, walenie głową w drzwi. Jake nawet chciał... jak to było? – zastanowiła się chwilę.
- Zagroziłem, że się podpalę – dodał tata. – I zrobiłem to. To znaczy, u nas w szkole była wtedy moda na podpalanie denaturatu. Więc oblałem sobie buty tym czymś i podpaliłem na oczach rodziców Elle. Ale mieli oczy. Niestety, to tylko pogorszyło sytuację, bo uznali mnie za wariata – zaśmiał się, parkując przed willą w włoskim stylu. – Mam nadzieję, że pokój ci się spodoba... Chociaż na razie to była bardziej graciarnia, więc jakby wieczorem coś typu złamana kostka albo... no nie wiem, wisiorek wbijało ci się w dupę, to się nie zdziw.
Pokiwałam głową, cały czas się śmiejąc. Dlaczego dopiero teraz, po latach, dostałam takich rodziców? Dlaczego tamci nie powiedzieli mi wcześniej? Bali się, że ucieknę? Że im nie uwierzę? Że ich znienawidzę? Proszę, do czego doprowadziliście.
Wysiadłam z auta, zarzucając torbę z Asking Alexandrią na ramię, po czym za rodzicami ruszyłam do drzwi.
Od progu uderzył mnie zapach cynamonu. Przedpokój był w kolorze kawy, na ścianach wisiały różne obrazki, począwszy od zdjęć rodziców, przez te Bridesów, na jakichś rysunkach skończywszy. Najbardziej spodobał mi się jeden z nich, taki z kolesiem, który trzymał gitarę, stojąc w płomieniach.
Kiedyś zrobię sobie taki tatuaż, postanowiłam, wspinając się za mamą po schodach na piętro. Tam na korytarzu leżał miękki biały dywan, idealnie pasujący do malinowych ścian.
Mama otworzyła jedne z drzwi z jasnego drewna, a moim oczom ukazał się zwyczajny pokój, łóżko, biurko, szafa, komoda, biblioteczka, trochę gratów. Byłam tu, choć wciąż nie w pełni to do mnie dotarło. Wciąż nie wierzyłam, że naprawdę Jake i Ella to MOI rodzice. Przecież KAŻDY dałby się pokroić za takie coś, a tu taka ja...
- Nie wiedzieliśmy, jaki masz gust – zaczęła niepewnie. – Więc w szafie jest pełno ciuchów, które, jak stwierdził Ashley, „na pewno będą ci się podobać”. Jakby co, to tak i tak jedziemy na zakupy jutro z rana, trzeba wyremontować tę kanciapę.
Już się boję, co Ash tam dał.
Uśmiechnęłam się tylko do niej i weszłam głębiej do mojego nowego azylu.
Rozejrzałam się.
Okno wychodziło na ocean, palmy falowały na wietrze, oświetlone od tyłu zachodzącym słońcem.
Ściany pokoju miały kolor limonkowej zieleni, drzwi z jasnego drewna w ścianie, zapewne od szafy, sąsiadowały z drugimi, podobnie zrobionymi, przesuwanymi.
Zajrzałam za nie. Była tam miniaturowa łazienka w kolorze perłowym, z, co mnie zaskoczyło, ze względu na to,  że pomieszczenie miało rozmiar dwudrzwiowej szafy, wanną.
Wróciłam do pokoju i postanowiłam zerknąć na „Ashley’owe” ciuchy.
Szczerze mówiąc, mogłam się tego spodziewać, ale myślałam raczej o ubraniach wierzchnich przypominających bieliznę, a tu, w szafie, leżała różowa bluza z jego sklepu, ta z 69, która mi się zawsze marzyła, bluzka Purdy Girl, jakieś zakolanówki, kilka par, skórzana kurtka z BVB Rebels, taka, jak ta, którą miała Alicia w „Legion Of The Black”, trampki, creepersy, glany, kowbojki (dwie pary), rurki, podarte i nie, głównie czarne, ale znalazłam też i czerwone, skórzane spodnie w stylu Gunsów, bandany w praktycznie każdym kolorze, taka czapka „na czubek głowy”, no i karteczka. „Jeśli jeszcze nie jesteś w Armii, to zapewniamy Cię, że wkrótce będziesz, Grace =D” i autografy chłopaków. Jak miło. Ale muszę ich rozczarować. Jestem, i to już ładny kawałek czasu. Ubrania bardzo mi się podobały, dorzuciłam jeszcze te swoje, a to znaczy: koszulki z zespołami i bluzę z MCR. No i kilka par bojówek.
Postanowiłam, że zejdę do rodziców i tak nie mam nic do roboty.
Przystanęłam na schodach, słysząc podniesione głosy. Czyżby coś się stało? Tylko nie podsłuchuj, Hazel... Ale co ja poradzę, że tu wszystko słychać?
- Jak to, kurwa, wylali ją ze szkoły? – spytał Jake. Odpowiedzi nie otrzymałam, więc uznałam, że gada przez telefon. Wolałam się nie wtrącać. Najciszej, jak się dało, wróciłam na górę, jednak jeden stopień perfidnie skrzypiał (muszę go omijać, uwaga na przyszłość). Wstrzymałam oddech. Nikt się nie pojawił. Dostrzegłam za to drabinkę zwisającą z sufitu. W sumie, czemu nie?
Złapałam za jeden ze szczebli i postawiłam nogę na najniższym. Wspięłam się i podniosłam klapę.
Rozejrzałam się po strychu. Był ogromny, do tego znajdowało się tu chyba wszystko.
Pomiędzy stosami poduszek i materaców leżały nuty, zabazgrane kartki, jakieś ciuchy, zapalniczka i paczka papierosów, instrumenty, pałki do perkusji, zeszyty, długopisy, zdjęcia, listy.
Papierosy i zapalniczkę wsunęłam szybko do kieszeni, w końcu mam własne i nie muszę polegać na moim stałym dostawcy, w zależności od tego, czy mu się chciało – chłopaku Mai. Przeszłam się po stryszku. Wyglądał jak pomieszczenie, gdzie chłopaki rezydują, gdy nagrywają płytę lub kiedy imprezują.
Jedyne okno wychodziło na zachód, na miasto. Piękny widok. Aż musiałam zrobić zdjęcie, w końcu nie ma dwóch identycznych zachodów słońca.
Potknęłam się o stos kartonów po pizzy. Szkoda, że nie było na nich tekstów piosenek, jak u Gunsów. Nie zamierzałam grzebać po tych notesach, nie byłam wścibska.
Uznałam, że ze strychu to już wszystko i wróciłam na piętro.
W łazience pod wanną były drzwiczki. Wzięłam jakieś pudełko i schowałam tam szlugi wraz z zapalniczką, po czym je zamknęłam. Tu nikt tego nie znajdzie.
Nie wyjaśniłam... Grace to było moje imię nadane przez rodziców, a Hazel dostałam przy zmianie rodziny. A że byłam do tego drugiego przyzwyczajona, zostałam Hazel Grace. (Tak mi się połączenie tych imion podoba, a jeszcze uwielbiam „Gwiazd Naszych Winę”, więc musiałam ją tak nazwać, przyp. aut.)
Krzyki na dole ucichły, więc stwierdziłam, że zejdę.
Niepewnie wkroczyłam do salonu, gdzie mama oglądała „Miami Ink”, a tata, co jakiś czas na to zerkając, pisał coś (lub z kimś) na komputerze.
- Jak się dom podoba? – zagadnął, przymykając ekran.
- Świetny – odparłam z pełnym przekonaniem.
- Ja nie wierzę w twojego dyrektora – westchnął. – Wywalił cię ze szkoły tylko dlatego, że dałaś należne jakiejś lasce w ryj. I nie chce cię przyjąć z powrotem. Co byś powiedziała na inne liceum? Jest takie jedno, siostra CC’iego je kończyła, co?
I tak do jakiejś szkoły muszę chodzić...
Skinęłam głową.
- Zamawiać już tą pizzę? – wtrąciła mama. – Zaraz przyjdą.
Spojrzałam na nią. Kto przyjdzie? Czyżby... reszta?
Jake skinął głową, po czym zaklął.
- Co? – spytała go Ella.
- Zawiesił się... ale już działa... Trzeba będzie coś wymyślić na tą nową płytę...
- Nową płytę, mówisz? – zaciekawiłam się. Uśmiechnął się tylko, ale nic więcej nie powiedział. No cóż, dowiem się w swoim czasie.

***

Trzask drzwi. TEN głos. I drugi. I trzeci. I czwarty. Czy oni zawsze się tak kłócą? I to o to, że może kolor zielony wcale nie jest zielonym, tylko żółtym?
- Długo powtarzane kłamstwo w końcu staję się prawdą – zakończył dyskusję CC, wpadając do salonu. – Witam was, drodzy zebrani!
- Ej, to moja kwestia – obraził się Andy. Wciąż nie miał kolczyka w wardze, pozostał tylko ten w nosie.
- Jedzenie przyszło? – spytał Ashley, odrzucając grzywkę sposobem Purdy’ego.
- Doberek – ten ostatni to Jinxx.
Nie fangirluj, Hazel, nie teraz. Ale nie mogłam. To było za dużo jak na jeden dzień. Stało przede mną całe Black Veil Brides, zespół, który tyle razy nie pozwolił mi do końca upaść, kiedy już dotykałam kolanami ziemi, był jak ramiona, które cię łapią, byś nie obił sobie łokcia. Był jak dłoń, którą możesz złapać, gdy toniesz, jak szalik, gdy lód się pod tobą załamie.
Próbowałam opanować drżenie kolan, walenie serca, płytki oddech, zimne ręce, nienaturalne zachowanie.
- A ty co, Parkinsona masz? – spytał CC wesoło.
- N-nie – odparłam cicho, wyłamując sobie palce.
- Jesteś pewna? Wyglądasz, jakbyś za chwilę miała wyjść na scenę i zagrać dwuipółgodzinny koncert bez ani jednej pomyłki i akompaniatora – stwierdził Jinxx.
- N-naprawdę? – wyjąkałam. Oni naprawdę tu są, wszyscy, to nie złudzenie, to nie sen, moje marzenie właśnie się spełnia.
- No chyba, że chc... – zaczął Ashley, ale rodzice zgromili go spojrzeniem. – No co? Chciałem tylko zapytać, czy chce pograć w Guitar Hero – obronił się Purdy. – Właśnie, chce ktoś?
- Ja! – krzyknęłam jednocześnie z Andy’m, CC’im i Jinxxem.
Pobiegliśmy, prawie się w drzwiach zabijając, do salonu. Ash i CC usiedli na kanapie, Andy rozwalił się na fotelu, tata na drugim, mama na pufie, a ja i Jinxx na podłodze, mierząc się spojrzeniami.
- Pokaż, co potrafisz, Pitts – powiedział, zaciskając palce na padzie.
Zaczęliśmy grać (w zasadzie nie wiem, na czym Guitar Hero w zasadzie polega i na ile jest osób, ale powiedzmy, że zrobili wielką bitwę, przyp. aut.)
W końcu zostaliśmy już tylko ja, tata i Jinxx (pozostali okładali się z tyłu poduszkami).
Już prawie koniec i....
- TAK! – wydarłam się, widząc, jak tata odpada. To oznaczało, że muszę jeszcze pokonać Jinxxa.
- Oj, bo dałem wam fory – Jake dołączył do reszty.
- Gramy o sto dolarów – powiedziałam, bo akurat tyle i jeszcze trochę miałam.
- Ok – odparł Ferguson. – Ale będziesz spłukana.
- To się zobaczy – powiedziałam. Podaliśmy sobie ręce. – Przetniesz, Andy?
Biersack przeciął nasz zakład i wrócił do napierdalania się częściami kanapy.
- Trzy, dwa, jeden – odliczył Jinxx.
Zaczął nieźle. Zostałam daleko za nim. Uśmiechnął się zwycięsko, ale wkrótce dogoniłam go z punktami i teraz jechaliśmy łeb w łeb, powoli zbliżając się do końca piosenki. Prowadziłam dwudziestoma punktami.
Jinxx szybko zmniejszył odległość do siedmiu. Zaczęłam agresywniej wciskać guziki na padzie.
Potem jeszcze raz go wyprzedziłam, tym razem o dobrą pięćdziesiątkę i wydałam z siebie okrzyk radości.
- Wyskakuj z kasy – wyszczerzyłam się. Ferguson ze spuszczoną głową sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyjął stamtąd portfel. W momencie, kiedy dawał mi moją stówę, odwrócił się Ashley.
- Płacisz jej za usługi? – zdziwił się, co spowodowało, że Jake i Ella momentalnie się obrócili.
- Chciałbyś – odparł Jinxx. – Więcej z tobą nie gram, Pitts.
Uśmiechnęłam się tylko zwycięsko w odpowiedzi.
- Wy się zakładaliście? – zdziwiła się mama.
- Ty nic nie widziałaś – odparł Jeremy z uśmiechem.
Schowałam kasę do kieszeni, a Andy podłączył telefon do wieży i popłynęło „They Don’t Need To Understand”. Kochałam ten utwór.
- Nie ma to jak słuchać własnych piosenek – stwierdził Ashley, biorąc młodszego na kolana.
- ANDLEY!!!! – krzyknęłam. To było takie słodkie.
- Nie mów mi, że ty też – jęknął Andy, próbując uciec Purdy’emu, który właśnie czochrał mu włosy. – Jak CC...
Przybiłam z Comą piątkę.
- Jak dzieci – westchnął Jinxx.
- Dzieci się nie zakładają – zgasił go CC. – Gramy w butelkę?
- NA ROZBIERANIE! – ryknął Ashley, zrzucając sobie Andy’ego z kolan. Tamten rąbnął tyłkiem o podłogę, a pech chciał, że akurat miał dżinsy z zatrzaskami na tylnych kieszeniach.
- Kurwaaaa! – zawył, wstając.
- Też kobieta, tylko krocze ma robocze – powiedział Christian, biorąc ze stołu butelkę Heinekena.
Zakręcił szkłem, padło na Jinxxa.
- Masz trzy odmowy. Odmowa to rozbieranka. Pytanie czy wyzwanie? – spytał z uśmiechem.
- Pytanie – odparł Jeremy pewnie.
- Zawsze mnie to zastanawiało... O co się pożarliście z Sammi?
Jinxx westchnął. Wiedziałam, że CC na bank każe mu ściągnąć majtki albo spodnie.
- Była pewna cycata blondynka... – zaczął. – I był idiota, co się na nią napalił. Blondynka miała Twittera i Instagrama, koniec bajki.
Zakręcił butelką. Wypadło na Ashley’a.
- Ashy... – uśmiechnął się psychopatycznie. – Pytanie czy wyzwanie?
- Wyzwanie – wyszczerzył się Purdy.
- Zróbcie Andley’a – tu zerknął wymownie na CC’iego.
- Ale ty zrobisz Cinxxa – powiedział Andy.
- Się zobaczy. No dawać, dawać – uśmiechnął się.
Ash zbliżył się do Andsa, położył mu rękę na plecach i przyciągnął do siebie. Jinxx zaczął nagrywać.
Pocałowali się. Tak słodko to wyglądało...
- Aww – powiedzieliśmy z CC’im równocześnie.
Potem jednak odkleili się od siebie i Andy pobiegł po papierowe ręczniki do kuchni. Wrócił, wycierając sobie język.
- Jeszcze mydło weź – poradził mu Purdy, za co został spiorunowany parą niebieskich oczu.
Ashley zakręcił butelką i wypadło na Ellę.
- Pytanie czy wyzwanie? – spytał Ashy słodko.
- Pytanie – odparła tamta ze śmiechem.
- Kiedy ostatni raz ze sobą spaliście?
Zerknęli po sobie z Jakiem.
- Czekamy do ślubu – odparła. – Nie przyznam się przy córce.
- To ja mogę sobie iść – zaproponowałam i byłam bliska wstania, kiedy usłyszałam:
- A chuj tam. Wczoraj.
Mama zakręciła butelką, trafiając na mnie.
- Pytanie czy wyzwanie, Grace?
- Pytanie – odparłam z westchnieniem.
- Czego słuchałaś przed BVB?
O nie. Trzeba się przyznać do bezguścia.
- Justinabiebera – wymamrotałam tak szybko, że sama się ledwo zrozumiałam.
- Nie dosłyszałem – powiedział Andy.
- Chodź więcej w słuchawkach, to tak będzie częściej – pomatkował mu Ashley.
- Nieważne. Czego? – odparował tamten.
- Justina Biebera – wyznałam, patrząc w podłogę.
- CO?! – krzyknęli pozostali, a Ashley wylądował pod samym kominkiem.
- No no to – odparłam cicho. – Ale już mi przeszło. Chociaż to trwało jakiś rok... Ale moją drugą miłością był MCR.
- Masz szczęście – odetchnął Jake. – Kręć.
Zakręciłam posłusznie.
Wypadło na CC’iego.
- Pytanie czy wyzwanie, Cee? – uśmiechnęłam się.
- Wyzwanie – odparł wesoło. Czy on się w ogóle kiedyś przestaje uśmiechać?
- Zróbcie Cinxxa – poprosiłam ładnie.
- No nie no, nie dość, że przegrałem zakład, to jeszcze muszę robić za geja – jęknął Jinxx, kiedy CC przeraczkował do niego po podłodze. Pchnął Jeremy’ego na podłogę i położył się na nim, całując mocno. Andy, oczywiście, w odwecie za Andley’a, uwieczniał wszystko na telefonie Asha, bo jego wciąż robił za DJ-a.
- Kocham cię, wiesz? – powiedział Coma wesoło. I pocałował Jinxxa drugi raz.
- Zejdź... kurwa... ze mnie – Ferguson zepchnął z siebie chudzielca i odetchnął z ulgą.  – Co za trauma... Nienawidzę cię, Hazel.
- Też cię lubię – odparłam.
CC zakręcił szkłem po raz drugi.
- Andy... pytanie czy wyzwanie?
- Pytanie – Biersack wzruszył ramionami.
- To prawda, że się tniesz?
- A muszę odpowiadać? – spytał tamten.
- Możesz zaliczyć utratę gaci, wybór należy do ciebie.
- No dobra... – westchnął. – Nie.
Ale widziałam, jak krzyżuje palce za plecami.

niedziela, 19 października 2014

Rozdział 1



- Nie! Nie jestem wariatką! Zostaw mnie! – krzyknęłam do ojca, który właśnie wpadł w furię. Złapał mnie za koszulkę i przytrzymał. Moja ukochana bluzka z BVB była na skraju wytrzymałości. - Ja tylko zajrzałam w te papiery, nic więcej. Czy to koniec świata?
-  Nie pyskuj, gówniaro – odpowiedział. Tak bardzo na temat. – Co ci z tego przyszło? Co? I tak nic z tym nie zrobisz!
Data i miejsce urodzenia: 20.03.1999, Boise, Idaho.
- Ale przynajmniej wiem, dlaczego zawsze milczeliście, gdy pytałam, do kogo jestem podobna! – odparowałam, wyrywając się. Kawałek materiału został mu w palcach.
- To było dla twojego dobra! Tak, jak śpiewa ten zniewieściały pedał! – o nie, tego już za wiele. Nie powołuj się na tekst „Done For You”, bo to nie do końca tak.
- On ma na imię Andy i ma dziewczynę – wycedziłam lodowato.
- Och, oczywiście! Nawet go nie znasz, a już go bronisz. Powinnaś być wdzięczna, że cię przygarnęliśmy, skoro nawet własny ojciec cię nie chciał.
- On miał wtedy jakieś czternaście lat, nie myślał – ach, moja matematyka.
- To prawda. Nie myślał. I chyba nadal tego nie robi.
- Nie dokończyłam! – wyprowadził mnie z równowagi. – Założę się, że zadecydowali za niego. A poza tym, skoro nie znasz faktów, to co się kłócisz!
Dostałam w twarz.
- Nie będziesz się tak do mnie odzywać, małolato! – po każdym słowie obrywałam po ryju.
- Będę – odsunęłam się na bezpieczną odległość. – Jestem buntowniczką i jestem wolna.
- Ty? Buntowniczką? Proszę cię. Możesz co najwyżej spytać o pozwolenie powrotu później niż o dziesiątej. Dziewczyno, ty zwariowałaś!
- Oczywiście, że tak! Przecież ty zawsze masz rację! Zawsze! Nie wolno się z tobą kłócić, wielebny panie ojcze!
Teraz to przesadziłam. Wiedziałam. Poczerwieniał. Zbliżył się.
- Zupełnie poprzewracało ci się w głowie! – ryknął. – Chcieliśmy dać ci normalny dom, przynajmniej masz szansę się uczyć! – ta, szansę, przymus. – Spójrz na Mayę! Ona jest dobra ze wszystkiego! Też powinnaś taka być! – Maya, moja siostra, dla waszej informacji, leciała tylko na ściągach, ale to wystarczyło. Mogłam być taka jak ona, ale naukę traktowałam jak karę i kiedy miałam coś wykuć, podchodziłam do tego jak do przykrego obowiązku. Stosowałam zasadę 3Z – zakuć, zdać, zapomnieć. Czasem skutkowała. Tylko czasem. Za to jeśli chodzi o muzykę... Niespecjalnie starałam się w szkole, byłam na lekcjach, ale nie udzielałam się. Choć podobno grałam „prawie jak Slash”, jak śmiał się mój nauczyciel, pan Philips, jedyna osoba, której, poza Mayą, mogłam ufać.
Imiona rodziców: Ella Cole, Jacob Pitts.
- A może ja nie chcę? – spytałam.
- I ty mieszkasz pod moim dachem! Do swojego pokoju, przemyśleć zachowanie!
- Dziękuję, że daliście mi pozwolenie na opuszczenie salonu, panie ojcze – odwróciłam się i wyszłam.
Wciąż nie wierzyłam w to, co zobaczyłam przedwczoraj na tej kartce. Jak miałam go znaleźć? Pojechać do niego do domu i pokazać mu te papiery? Przecież nie mogłam, ot tak, włazić mu w życie. Miał swój zespół, narzeczoną, zapewne plan na resztę życia ułożony... A ja? Tylko bym wszystko popsuła. No bo jaką mam pewność, że chciał mnie znać?

Jake

- Jak ja mam jej szukać? – jęknąłem do laptopa, do Andy’ego siedzącego teraz u rodziców w Cincinnati.
- Spróbuj przez facebooka – poradził.
- To było pierwsze, co zrobiłem. Nie ma żadnej.
- Może zmieniła nazwisko?
- O tym też myślałem. Tylko na jakie?
- Też fakt – zamyślił się chwilę. – Pamiętasz, gdzie ją oddaliście?
- Ty... – oświeciło mnie. – To jest myśl. Szpital świętego Wawrzyńca.
- Pojedź tam i spytaj. Minęło dopiero półtora dekady, na pewno trzymają gdzieś te wszystkie karty.
- Też prawda. Dzięki stary – pożegnałem się i pognałem po schodach na dół, gdzie Ella czytała jakieś romansi... nie, stój, to Stephen King.
- Co tam? – spytała.
- Jedziemy do Boise! – odparłem, nie mogąc ustać w miejscu.
- A po co? – zdziwiła się.
- No bo tam, w tym szpitalu mogą nam powiedzieć, gdzie jest Grace!
- Kiedy?
- Teraz!
Moja narzeczona wstała z kanapy i pobiegła do sypialni, a ja za nią.
Wzięliśmy jakieś rzeczy na przebranie, po czym wybiegliśmy z domu i ruszyliśmy w kierunku stanu Idaho.

***

Ledwo poznałem to miejsce. Przez piętnaście lat trochę się zmieniło. Ale nadal był tu ten strumyk, nad którym siedziałem kiedyś, błagając, by udało mi się jeszcze kiedyś spotkać Grace. Może moje modlitwy właśnie się spełniają? Wtedy byłem dzieckiem, to była wpadka, żadne z nas nie przypuszczało, że gumki są do czegoś potrzebne.
Zaparkowałem pod drzewem i wyskoczyliśmy z samochodu, gnając do... no właśnie, gdzie mieliśmy tego szukać?
Ella zerknęła na rozpiskę pięter. W końcu zadecydowaliśmy, że spytamy na porodówce.
Zamknęliśmy się w windzie. Z uśmiechem odkryłem, że wciąż jest tutaj nasz podpis, inicjały, choć lekko już zamazane. Kiedy to zrobiliśmy? Chyba tego dnia, w którym Elle powiedziała mi, że jest  w ciąży.
Weszliśmy na unowocześniony oddział i podeszliśmy do tego wielkiego biurka.
- Chcielibyśmy się dowiedzieć, kto adoptował naszą córkę – powiedziała Ella do pielęgniarki za biurkiem.
- A kiedy się urodziła? – spytała tamta znudzonym tonem.
- Dwudziesty marca dziewięć dziewięć – powiedziałem.
- I po tylu latach przychodzą państwo tutaj?! – wybałuszyła oczy. – Lepiej późno niż wcale. Ale zaraz.. ja was pamiętam. Ta para nastolatków, co pan pani grał na gitarze rockowe ballady, kiedy rodziła – uśmiechnęła się. – Musimy zejść do piwnicy.
Wzięła jakiś klucz i poprowadziła nas korytarzem w stronę schodów.
Piwnica była stara i przypominała magazyn.
- Proszę przypomnieć nazwisko – poprosiła.
- Pitts – odparłem. – Miała na imię Grace.
Pielęgniarka błądziła wzdłuż regałów, aż w końcu zdjęła z jednej z półek poszarzałą teczkę.
- Grace Pitts, tak? – upewniła się. Skinąłem głową. – Obecnie mieszka w Los Angeles przy 514 South Westgate Avenue jako Hazel Jordan – wręczyła nam teczkę. – Tu i tak by się kurzyła.
Podziękowaliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną do LA.

Hazel

Następnego dnia „rodzice” milczeli. Razem z Mayą wyszłyśmy do szkoły. W czasie drogi zwierzyłam się jej z tego, co ją ominęło przez próbę chóru.
- Nie spodziewałabym się tego – stwierdziła. – Myślę, że powinnaś go poszukać. Przynajmniej dowiesz się, czy cię jeszcze pamięta. I nie przejmuj się tym, co on mówi. Często przesadza – uśmiechnęła się. Maya była aniołem. Zawsze cierpliwa, wysłuchała, doradziła, nigdy nie krzyczała, gdy jakieś dzieci ją wkurzyły, tłumaczyła do znudzenia. Nic dziwnego, że była przez wszystkich lubiana. Nie to, co ja – łatwo było wyprowadzić mnie z równowagi, do tego byłam niestabilna emocjonalnie i potrafiłam pobić. Pyskowałam nauczycielom, często zostawałam po lekcjach, spisywałam zadania, robiłam innym prace...
Weszłyśmy do szkoły. Zaraz przy wejściu Maya odeszła z koleżankami, a ja powlokłam się w stronę swojej szafki. Oczywiście, czekały tam już na mnie najbardziej puste laski w naszej szkole, które cyckami nadrabiały za rozum – cheerleaderki.
- Buty nie pasują ci do paska od spodni, Jordan – oświadczyła najgłupsza z nich, Mandy (która wyglądała prawie jak Mandy z Odlotowych Agentek).
- Pech – wzruszyłam ramionami, odpychając ją, by dostać się do szafki. Cała była w środku pokryta zdjęciami BVB i MDE, moich dwóch ukochanych zespołów. Trzecim był MCR, ale nie starczyło miejsca.
- Bo ty próbujesz wyglądać jak te pedały – powiedziała Sue, najpopularniejsza, z toną gładzi szpachlowej na twarzy.
- Sama jesteś pedał – odparowałam. – A po drugie, Alva jako kobieta, nie może być pedałem.
- Toć ona nawet nie wygląda jak dziewczyna! – jęknęła Beth, pusta blondyna.
- Jej przynajmniej styl pasuje i nie wygląda, jak w twoim przypadku, jak dziwka – powiedziałam, zamykając szafkę i oddalając się od tych tępych dzid.
Ruszyłam po schodach na fizykę, ale dogoniły mnie i wylądowałam na dole, jak Brianna w „Numb”.
Rozcięłam sobie wargę, ale teraz nie to się liczyło. Podeszłam do sprawczyni, Mandy i wycelowałam jej pięścią w twarz (punkt dla mnie za noszenie szerokich pierścionków). Rozkwasiłam jej nos. Złapała się za niego, a tamte otoczyły ją jak muchy gówno, więc miałam spokój.

***

- Mogę prosić pannę Jordan? – wychowawczyni klasy Mandy zajrzała na naszą lekcję.
Podniosłam się z miejsca.
Zaprowadziła mnie do dyrektora.
- Miałaś już za dużo przewinień – oświadczył ten stary łysy dziadyga. Mandy ze swoją rozkwaszoną twarzą siedziała po drugiej stronie jego gabinetu, uśmiechając się szyderczo. – Musisz pożegnać się z naszą szkołą. Teraz wrócisz do domu. Jutro nie masz się tu co pokazywać.
- I nie zamierzam – oświadczyłam, wychodząc i trzaskając drzwiami.
Ruszyłam w stronę domu. Już od początku ulicy moją uwagę przykuło auto stojące przy naszym numerze. Nikt ze znanych mi ludzi nie posiadał Lamborghini.
Zdecydowałam, że nie wracam. Nie dziś, nie tam, nie teraz.
Zawróciłam w stronę placu zabaw.
Usiadłam na jednej z huśtawek i zaczęłam ryć kowbojką w piasku. Potem włączyłam sobie muzykę, nie podłączywszy słuchawek, więc cała okolica mogła słuchać „I’m not okay”.
Minuty mijały, nic się nie działo. Odgłosy miasta dochodziły z daleka, ignorowałam je. W końcu jednak uznałam, że powinnam wrócić, choćby ze względu na Mayę, która pewnie się martwiła. Jej nie mogłam zawieść.
Pozbierałam rzeczy z ziemi, po czym ruszyłam w stronę domu. Czerwone Lamborghini wciąż tam stało. No trudno, może to nie po mnie.
Pchnęłam drzwi, przemknęłam do swojego pokoju i tam już zostałam.
Na dole toczyła się jakaś rozmowa, ale nie rozumiałam słów.
Dopiero kroki wyrwały mnie z transu. Bliżej, bliżej, bliżej.
Pukanie do drzwi.
 - Wejść – rzuciłam.
Najpierw zobaczyłam czarne paznokcie i trampki w tym samym kolorze, potem mężczyznę z długimi włosami, a za nim kobietę o idealnej figurze. Ja cię... Jake Pitts i Ella Cole.
- Cześć – przywitali się.
- Dobry – odparłam cicho.
- Ci na dole mówią, że już wszystko wiesz. Mam tylko jedno pytanie... Chcesz z nami zamieszkać?
I tak wylali mnie ze szkoły, więc co mi tam... Pokiwałam głową.